Słucham właśnie wywiadu z Tomaszem i Małgorzatą Terlikowskimi w Dzień Dobry TVN.
Chyba pod choinkę poproszę Mikołaja o ich książkę "Skazani na Siebie". Aż dziwne, że nie zostali zmieszani z błotem w TVN'ie, ale widzę, że trafili na najnormalniejszych z prowadzących - Dorotę Wellman i Marcina Prokopa. Podejrzewam, że jakby miała z nimi przeprowadzać wywiad pani Pieńkowska co studio TVN'u chyba poszłoby z dymem. Z tego, co usłyszałam w wywiadzie pomyślałam sobie, że mi się ta książka bardzo przyda. Najbardziej spodobało mi się zdanie na temat kłótni małżeńskich, pan Tomasz powiedział w ten sposób "Oboje jesteśmy cholerykami, czasami siarczyście się kłócimy. Jednak ustaliliśmy zasadę, nigdy nie kładziemy się spać, dopóki się nie pogodzimy. I czasami zasypiamy dopiero o czwartej nad ranem." No, genialne :) Muszę powiedzieć o tym Waldkowie, spróbujemy taką zasadę wprowadzić w życie. Chociaż w sumie dość często u nas też tak bywa. No chyba, że tak jak już kiedyś pisałam, idziemy spać pokłóceni, jedno zabiera poduchę i koc do salonu, ale nie umiemy bez siebie przetrwać nocy. Pozatym ciekawi mnie jak wygląda życie z czwórką dzieciaków. Kiedyś Waldkowi też tak palnęłam : "Wiesz, moje marzenie, to mieć tak ze czwórkę dzieci i ze trzy psy" On na to, że w takim razie trzeba będzie kupić Transportera, żeby cały ten przychówek wozić, no i wielki dom, żeby ich pomieścić :D Ale tak sobie właśnie wyobraziłam. Moje marzenie : dom z wielką ilością przestrzeni, taki jasny, ciepły, nie zbyt przesadnie i ekstrawagancko urządzony, ma być w nim przytulnie i miło, żeby dobiegał zewsząd wesoły gwar , no i na pewno z dużą kuchnią.
A wracając do oglądanego przeze mnie programu - Filip Chajzer nakręcił kolejny mega reportaż. Tym razem o Haloween. Cieszy mnie, że Polacy zaczęli dostrzegać, że po prostu beznadziejnie papugują Amerykanów, jednocześnie nie doceniając własnego święta Wszystkich Świętych. I po co to ? To tylko pokazuje, jacy Polacy są zakompleksieni, że muszą papugować Amerykanów, bo przecież odwiedzanie grobów zmarłych jest dla moherowych babć i w ogóle jest takie zaściankowe...
Mam jednak nadzieję, że dużo osób widziało ten materiał i wielu młodych zobaczy, że nawet "modny" TVN nabija się z Haloween.
I wiecie jaka jest jeszcze jedna rzecz, z której cholernie się cieszę ? Że już od poniedziałku zacznie się Mikołajowanie :D Wiem, że zaraz znowu spadłoby na mnie wiadro pomyj, że przecież to za wcześnie, że to wszystko komercha, że zacofanie, że już mamy Mikołaje z czekolady w Tesco, ale ja osobiście uważam, że Święta Bożego Narodzenia to coś tak pięknego, magicznego i niesamowitego, że właśnie warto podsycać tą atmosferę już wcześniej ! Ja czuję Święta w powietrzu już od września i nie mam nic przeciwko Last Christmas w radiu już od przyszłego tygodnia :)
Ewelina z Bielska-Białej, lat 19, przyszła mamusia. Wpadka ? Nie, wspólna decyzja dwojga młodych kochających się ludzi o poglądach pro-life. Przyszły tatuś to 24 letni Waldek, z wykształcenia elektryk. Zaczynamy naszą przygodę z dzidziusiowaniem :) Have fun and don't be cruel.
czwartek, 31 października 2013
wtorek, 29 października 2013
Źle się dzieje na świecie...
I to bardzo źle. Codziennie dociera to do mnie bardziej. Czasami nachodzą mnie myśli, że ludzie sami siebie kiedyś wyzabijają, na własne życzenie i dla swojego własnego, wątpliwego "dobra". Panuje i to dosłownie pogląd - po TRUPACH do celu. Tylko ZNISZCZYĆ, znieważyć, słabszych wyeliminować, skopać leżącego, bo przecież liczy się tylko moja wygoda... Nie ma żadnej odpowiedzialności, nikt nie ma odwagi podjąć się jakiegokolwiek bezinteresownego działania na rzecz drugiej osoby. Normalne, ludzkie wartości są piętnowane, wyśmiewane, a ludzie którzy je wyznają atakowani, wyzywani od średniowiecznych głupców... Jeszcze raz napiszę, jak bardzo boli mnie brak poszanowania dla ludzkiego życia. Przed chwilą przeczytałam na Onet.pl artykuł o pobitej przez swojego wujka dwumiesięcznej dziewczynce. Oczywiście było kilka komentarzy, że takie bestialstwo zasługuje na DOŻYWOCIE, bo takie mamy wspaniałe prawo, że oprawca dzieciątka będzie mógł po 5 latach wyjść z więzienia i dalej hulaj dusza. Ale zaraz poniżej znajdowały się komentarze, i były one najwyżej punktowane, które za wszytko winią .... ochronę życia ! Panuje takie zdanie, że dla tego dziecka byłoby lepiej, gdyby jego matka pochodząca z patologicznej rodziny zabiła je, gdy było w jej łonie. Tak byłoby po prostu wygodniej. Nie musiałaby poczuwać się do absolutnie żadnej odpowiedzialności, mogłaby dalej pić, degenerować się, bo przecież skorzystałaby ze wspaniałego prawa kobiety!
Nie przychodzą mi już do głowy żadne tłumaczenia na ten temat, bo tego nie da się w żaden inny sposób wytłumaczyć. Żyjemy w świecie, w którym zaczyna rządzić bestialstwo, ideologia głoszona przez największych zbrodniarzy w historii, by niechciane, chore dzieci eliminować, dla "dobra" większości. Dla dobra tych okrutnych ludzi. Będę głosić ideologie obrony życia jak długo mi Bóg na to pozwoli. Wiem, że może świata całego nie naprawię, ale byłabym z siebie dumna, gdybym miała później świadomośc, że przyczyniłam się do poszerzenia globalnej świadomości. I nikt tej prawdy nie stłumi, nie zamiecie pod dywan. Ani feministki, ani środowiska lewicowe, ani ateiści, ani na pozór "nowocześni" i "oświeceni" ludzie. Aborcja JEST MORDERSTWEM. I każda matka, która przyłozyła rękę do śmierci swojego dziecka, będzie już do końca mieć na rękach jego krew.... Usprawiedliwienia dla morderstwa nie ma. Żadnego.
I boli jeszcze fakt, że czuję, że zanika empatia nawet wśród najbliższych mi osób....
Czuję się czasami kompletnie osamotniona w swoich działaniach, czasami chce mi się po prostu wyć.
Ale nie poddam się dla swojego dziecka, które kocham ponad życie i które muszę chronić. Wiem, że będzie szczęśliwe. I zrobię wszystko co w mojej mocy, by nie odczuło okrucieństwa świata, na jakim będzie żyło...
Nie przychodzą mi już do głowy żadne tłumaczenia na ten temat, bo tego nie da się w żaden inny sposób wytłumaczyć. Żyjemy w świecie, w którym zaczyna rządzić bestialstwo, ideologia głoszona przez największych zbrodniarzy w historii, by niechciane, chore dzieci eliminować, dla "dobra" większości. Dla dobra tych okrutnych ludzi. Będę głosić ideologie obrony życia jak długo mi Bóg na to pozwoli. Wiem, że może świata całego nie naprawię, ale byłabym z siebie dumna, gdybym miała później świadomośc, że przyczyniłam się do poszerzenia globalnej świadomości. I nikt tej prawdy nie stłumi, nie zamiecie pod dywan. Ani feministki, ani środowiska lewicowe, ani ateiści, ani na pozór "nowocześni" i "oświeceni" ludzie. Aborcja JEST MORDERSTWEM. I każda matka, która przyłozyła rękę do śmierci swojego dziecka, będzie już do końca mieć na rękach jego krew.... Usprawiedliwienia dla morderstwa nie ma. Żadnego.
I boli jeszcze fakt, że czuję, że zanika empatia nawet wśród najbliższych mi osób....
Czuję się czasami kompletnie osamotniona w swoich działaniach, czasami chce mi się po prostu wyć.
Ale nie poddam się dla swojego dziecka, które kocham ponad życie i które muszę chronić. Wiem, że będzie szczęśliwe. I zrobię wszystko co w mojej mocy, by nie odczuło okrucieństwa świata, na jakim będzie żyło...
poniedziałek, 28 października 2013
Cienie Przeszłości
Dziś chciałaby otwarcie opowiedzieć o pewnym temacie, który jeszcze niedawno mocno mnie dotyczył. Był dla mnie prawdziwym problemem, z którym zmagałam się latami, mniej więcej od gimnazjum. Wtedy wszystko się zaczęło. Myślę, że chyba nigdy tak naprawdę do końca szczerze nie opowiedziałam o swoich problemach ze zdrowiem psychicznym. Bałam się przyznać do prawdy. Bałam się powiedzieć światu, jak bardzo się tym wszystkim krzywdziłam. I może właśnie dopiero teraz, kiedy jestem w perfekcyjnym, wymarzonym momencie swojego życia przyszedł odpowiedni moment i odwaga, aby o tym od począku, ze szczegółami opowiedzieć.
Więc, jak wspomniałam już wcześniej, zaczęło się w gimnazjum. Jak wszyscy wiemy, to okropny wiek, okropny i bezwzględny etap w życiu młodego człowieka. Tutaj zdałam sobie sprawę, jak bardzo odbiegam od innych, od szablonu, od wzorca, jak bardzo wydaję się być "niedoskonała" dla swoich rówieśników. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, jak to może rozwinąć się w przyszłości. Nie wiedziałam jeszcze, że to dopiero czubek góry lodowej. Wiem, że wiele osób pomyśli, że jedyną rzeczą, która dystraktowała mnie od bycia w normalnych relacjach z innymi, i normalnej kondycji psychicznej była nadwaga. Niestety, to był tylko maleńki ułamek, być może było to coś, co dla OTOCZENIA wydawało się wieść prym, ale była to tylko kropla w oceanie mojej "paranoi". Zaczęło się coś dziać. Docinki ze strony, szczególnie chłopaków stawały się coraz dotkliwsze. Wtedy zaczął powstawać mój mały pancerzyk, którym była muzyka. Miałam swojego konika, swoją największą pasję, swoich idoli, którzy, jak mi się wtedy wydawało, rozumieli mnie i byli po mojej stronie. Klasa pierwsza i druga - słuchałam Piotra Rubika i The Cranberries. Chyba kiedyś dałam komuś coś posłuchać, kolejne ciosy, wyśmiewanie się, że słucham jakiejś muzy "starych dziadów". A ja tą muzykę tak kochałam. Wczuwałam się w każdy utwór, codziennie zamykałam się w pokoju. Znałam każdy tekst Cranberries na pamięć. Cała dyskografia w jednym palcu. Byłam pełna podziwu dla tej grupy, ale niestety, z nikim nie mogłam się wtedy tym podzieliś, z nikim posłuchać wspólnie, bo wtedy wszędzie panował pop i hiphop. Coraz bardziej zaczęłam się oddalać od życia, coraz mocniej żyć w swoim świecie. Traciłam powoli normalny kontakt z rówieśnikami, czułam, że nikt mnie nie rozumie, nikt nie nadaje na takich samych falach jak ja. Przeraziłam się, bo poczuła, jakbym została sama. Kolejnym składnikiem tego wszystkiego była moja ogromna wrażliwość i to, że dawałam emocjom sobą pomiatać. Wtedy zdecydowałam, że muszę z kimś porozmawiać, poszukać gdzieś pomocy. Trafiłam do przemiłej pani psycholog, właściwie pedagog, która przyjmowała nieodpłatnie, w poradni w Straconce. Spotykałam się z nią raz w tygodniu. Coś zaczęło się zmieniać, rozjaśniać się, mogłam lepiej poznać siebie. Kiedy kończyłam gimnazjum, byłam zakochana w Jimmy Eat World, uśmiechnięta, zdecydowana, kochająca spiewać, czerwonowłosa i dalej ze sporą nadwagą, która jednak wtedy nic a nic mi nie przeszkadzała. Po prostu byłam, kim byłam. I to był dobry czas. Zaczęło się liceum. Pierwsza klasa właśnie tak minęła. Miałam znajomych, zaczęłam grać na gitarze, potrafiłam obronić siebie, swoje pasje i swoją prawdę, przynajmniej tak mi się wydawało. Jeszcze w czasach gimnazjum, był jeden epizod nieszczęśliwej "miłości", ale wyjątkowo szybko się z niego "wylizałam". Było jedynie kilka chwil melancholii, które nawet specjalnie nie zapadły mi w pamięć.
Tak więc dalej, będą w liceum, grając, imprezując, zaliczając pierwsze "zgony" alkoholowe byłam sobą. Ufałam tylko swoim bliskim znajomym i to mi wystarczało. W drugiej klasie jednak zaczęły się poważne problemy. Przyszło nowe uczucie, którego nie powinno być. Cierpiałam, bo pokochałam kogoś, kogo nie mogłam mieć. Nie winiłam za to nikogo, ani siebie, ani jego. Po prostu tak się stało. I coraz bardziej zaczął mnie ten smutek pochłaniać. Na domiar złego zaczęły się u mnie problemy z nauką. Przedmioty ścisłe, a szczególnie matematyka, kompletnie mi nie szły. Zagrożenie za zagrożeniem, jedynka za jedynką, zebranie za zabraniem, rozmowa mamy z nauczycielami za rozmową. I jednocześnie zaczął się kolejny etap walki - uciekanie. Uciekanie od wszystkiego. Od problemów w szkole, od myślenia o tym, którego wówczas kochałam, od realności.... Wtedy do mojego światka "wplątali" się Manic Street Preachers, ich melancholia, dekadencka postawa, postać Richiego Edwardsa - człowieka cierpiącego na anoreksję, zaburzenia z pogranicza, uzależnienie od alkoholu i autoagresję. Nie wiadomo kiedy znalazłam w tej mrocznej postaci jakieś odzwierciedlenie siebie. W międzyczasie trwała już równolegle moja przygoda z odchudzaniem i trochę naprawdę zaczęłam się we wszystkim gubić. Dziura się pogłębiała. Miałam przygodę z dwoma paniami psychiatrami, które niestety faszerowały mnie tabletkami przeciwdepresyjnymi. Szczęście w nieszczęściu, że w porę odkryłam szkodliwość tego syfu i raz, podczas epizodu nerwów i płaczu, wywaliłam całe opakowanie do toalety i więcej ich do ust nie wzięłam. Ani to pomogło, ani zaszkodziło, to odstawienie leków, ale dziura była nadal. Doszłam tylko do wniosku, że nie będę w tak młodym wieku szargać sobie żołądka prochami, przecież nie byłam wariatką ! Jednak mania uciekania jak trwała, tak trwała, i w pewnym momencie pojawiło się niebezpieczeństwo. Zaczęłam się okaleczać. To wszystko tak bardzo bolało, każdy element po trochu. Te problemy, ta niemożność wręcz uczenia się, ta niemoc, ta miłość, ta świadomośc niedoskonałości własnego ciała, ta cholerna nadwrażliwość, te cholerne emocje, które zaczęły coraz częściej doprowadzać do ataków...
Ataki, no właśnie, czym one tak naprawdę były ? To były momenty, w których te wszystkie goniące we mnie myśli i emocje wynikające z jakiejś sytuacji brały nade mną górę i prowadziły do agresywnych wyładowań. Wyładowań na samej sobie. Miałam poranione ręce, nogi, często brzuch , czasami klatkę piersiową i dekolt. Znowu potrzebna była pomoc. I poprosiłam o nia sama, bo wiedziałam, że sobie nie radzę. I trafiłam do wspaniałej terapeutki. Ta pani zapisze się w moim życiorysie na zawsze, jako osoba, która mnie od podszewki zrozumiała i niesamowicie mi pomogła. Od razu było wiadomo, że nigdy nie potrzebowałam żadnych leków, tylko solidnej terapii behawioralnej opartej na szczerych rozmowach, szczerych do bólu, na totalnym odkryciu swoich tajemnic i jednoczesnym zrozumieniu ich. Ta terapia trwała... nawet już nie pamiętam ile. Rok temu, mniej więcej kiedy skończyłam 18 lat, zdecydowałam się ją zakończyć. Zakończyłam przygodę z tamtą miłością. Pozostajemy teraz z tym człowiekiem w naprawdę dobrych, kumplowskich relacjach. I nie chcę, by to się pogorszyło, bo uważam go za świetnego gościa i życzę mu jak najlepiej. Czułam się znowu pewna siebie, otwarłam się na ludzi, zrozumiałam, że niczym od nich nie odbiegam. Taki stan trwał około pół roku. W międzyczasie poznałam Waldka. Znów było bardzo dobrze. Jednak "paranoja" uznała, że to nie było jej ostatnie słowo. Na wiosnę, w okresie matur znów się pogorszyło. Wiem, z czym to mogło być związane, właśnie z maturami, z presją, z pytaniami jak sobie dam radę, skoro jestem taka słaba z matmy. Jeszcze nieraz upadałam. Jeszcze nieraz zadawałam sobie ból. Na początku trudno mi było dać sobie rady w związku, tak wnioskuję, bo kłóciliśmy się często, ataki i wyładowania wróciły. Wróciłam na terapię, ale już na dużo krótszy okres czasu. Potem sama z niej zrezygnowałam, bo stwierdziłam, że MUSZĘ nauczyć się walczyć z tym na własną rękę. Oczywiście nie od razu wszystko wyszło. Było parę poważnych zgrzytów między nami. Ale cały czas miałam świadomość, że to, żeby się z tym uporać, to moja najważniejsza misja. W okolicach lata, wtedy jak trwała jeszcze terapia, ale zmierzała ku końcowi, zaczęliśmy starania o dziecko. Wiedziałam, że to doda mi sił. Że dla dziecka pokonam wszystko, że zacznę nowe życie, stanę się w pełni świadomym siebie człowiekiem. Te pięć miesięcy starań, chyba też zrobiło swoje, bo nie raz bardzo cierpiałam, kiedy docierało do mnie, że tym razem się nie udało... Ale jak widać, w końcu to MIAŁO się wydarzyć. Teraz powtarzam codziennie mojej Iskierce, że to dla niej walczę, to dla niej nie dopuszczam do siebie ataków, to dla jej dobra z każdym dniem bardziej leczę samą siebie. Wiem, że jej obecność nieustannie mi pomaga. I wiem, że najgorsze mam już za sobą. Teraz może być już tylko lepiej ....
Więc, jak wspomniałam już wcześniej, zaczęło się w gimnazjum. Jak wszyscy wiemy, to okropny wiek, okropny i bezwzględny etap w życiu młodego człowieka. Tutaj zdałam sobie sprawę, jak bardzo odbiegam od innych, od szablonu, od wzorca, jak bardzo wydaję się być "niedoskonała" dla swoich rówieśników. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, jak to może rozwinąć się w przyszłości. Nie wiedziałam jeszcze, że to dopiero czubek góry lodowej. Wiem, że wiele osób pomyśli, że jedyną rzeczą, która dystraktowała mnie od bycia w normalnych relacjach z innymi, i normalnej kondycji psychicznej była nadwaga. Niestety, to był tylko maleńki ułamek, być może było to coś, co dla OTOCZENIA wydawało się wieść prym, ale była to tylko kropla w oceanie mojej "paranoi". Zaczęło się coś dziać. Docinki ze strony, szczególnie chłopaków stawały się coraz dotkliwsze. Wtedy zaczął powstawać mój mały pancerzyk, którym była muzyka. Miałam swojego konika, swoją największą pasję, swoich idoli, którzy, jak mi się wtedy wydawało, rozumieli mnie i byli po mojej stronie. Klasa pierwsza i druga - słuchałam Piotra Rubika i The Cranberries. Chyba kiedyś dałam komuś coś posłuchać, kolejne ciosy, wyśmiewanie się, że słucham jakiejś muzy "starych dziadów". A ja tą muzykę tak kochałam. Wczuwałam się w każdy utwór, codziennie zamykałam się w pokoju. Znałam każdy tekst Cranberries na pamięć. Cała dyskografia w jednym palcu. Byłam pełna podziwu dla tej grupy, ale niestety, z nikim nie mogłam się wtedy tym podzieliś, z nikim posłuchać wspólnie, bo wtedy wszędzie panował pop i hiphop. Coraz bardziej zaczęłam się oddalać od życia, coraz mocniej żyć w swoim świecie. Traciłam powoli normalny kontakt z rówieśnikami, czułam, że nikt mnie nie rozumie, nikt nie nadaje na takich samych falach jak ja. Przeraziłam się, bo poczuła, jakbym została sama. Kolejnym składnikiem tego wszystkiego była moja ogromna wrażliwość i to, że dawałam emocjom sobą pomiatać. Wtedy zdecydowałam, że muszę z kimś porozmawiać, poszukać gdzieś pomocy. Trafiłam do przemiłej pani psycholog, właściwie pedagog, która przyjmowała nieodpłatnie, w poradni w Straconce. Spotykałam się z nią raz w tygodniu. Coś zaczęło się zmieniać, rozjaśniać się, mogłam lepiej poznać siebie. Kiedy kończyłam gimnazjum, byłam zakochana w Jimmy Eat World, uśmiechnięta, zdecydowana, kochająca spiewać, czerwonowłosa i dalej ze sporą nadwagą, która jednak wtedy nic a nic mi nie przeszkadzała. Po prostu byłam, kim byłam. I to był dobry czas. Zaczęło się liceum. Pierwsza klasa właśnie tak minęła. Miałam znajomych, zaczęłam grać na gitarze, potrafiłam obronić siebie, swoje pasje i swoją prawdę, przynajmniej tak mi się wydawało. Jeszcze w czasach gimnazjum, był jeden epizod nieszczęśliwej "miłości", ale wyjątkowo szybko się z niego "wylizałam". Było jedynie kilka chwil melancholii, które nawet specjalnie nie zapadły mi w pamięć.
Tak więc dalej, będą w liceum, grając, imprezując, zaliczając pierwsze "zgony" alkoholowe byłam sobą. Ufałam tylko swoim bliskim znajomym i to mi wystarczało. W drugiej klasie jednak zaczęły się poważne problemy. Przyszło nowe uczucie, którego nie powinno być. Cierpiałam, bo pokochałam kogoś, kogo nie mogłam mieć. Nie winiłam za to nikogo, ani siebie, ani jego. Po prostu tak się stało. I coraz bardziej zaczął mnie ten smutek pochłaniać. Na domiar złego zaczęły się u mnie problemy z nauką. Przedmioty ścisłe, a szczególnie matematyka, kompletnie mi nie szły. Zagrożenie za zagrożeniem, jedynka za jedynką, zebranie za zabraniem, rozmowa mamy z nauczycielami za rozmową. I jednocześnie zaczął się kolejny etap walki - uciekanie. Uciekanie od wszystkiego. Od problemów w szkole, od myślenia o tym, którego wówczas kochałam, od realności.... Wtedy do mojego światka "wplątali" się Manic Street Preachers, ich melancholia, dekadencka postawa, postać Richiego Edwardsa - człowieka cierpiącego na anoreksję, zaburzenia z pogranicza, uzależnienie od alkoholu i autoagresję. Nie wiadomo kiedy znalazłam w tej mrocznej postaci jakieś odzwierciedlenie siebie. W międzyczasie trwała już równolegle moja przygoda z odchudzaniem i trochę naprawdę zaczęłam się we wszystkim gubić. Dziura się pogłębiała. Miałam przygodę z dwoma paniami psychiatrami, które niestety faszerowały mnie tabletkami przeciwdepresyjnymi. Szczęście w nieszczęściu, że w porę odkryłam szkodliwość tego syfu i raz, podczas epizodu nerwów i płaczu, wywaliłam całe opakowanie do toalety i więcej ich do ust nie wzięłam. Ani to pomogło, ani zaszkodziło, to odstawienie leków, ale dziura była nadal. Doszłam tylko do wniosku, że nie będę w tak młodym wieku szargać sobie żołądka prochami, przecież nie byłam wariatką ! Jednak mania uciekania jak trwała, tak trwała, i w pewnym momencie pojawiło się niebezpieczeństwo. Zaczęłam się okaleczać. To wszystko tak bardzo bolało, każdy element po trochu. Te problemy, ta niemożność wręcz uczenia się, ta niemoc, ta miłość, ta świadomośc niedoskonałości własnego ciała, ta cholerna nadwrażliwość, te cholerne emocje, które zaczęły coraz częściej doprowadzać do ataków...
Ataki, no właśnie, czym one tak naprawdę były ? To były momenty, w których te wszystkie goniące we mnie myśli i emocje wynikające z jakiejś sytuacji brały nade mną górę i prowadziły do agresywnych wyładowań. Wyładowań na samej sobie. Miałam poranione ręce, nogi, często brzuch , czasami klatkę piersiową i dekolt. Znowu potrzebna była pomoc. I poprosiłam o nia sama, bo wiedziałam, że sobie nie radzę. I trafiłam do wspaniałej terapeutki. Ta pani zapisze się w moim życiorysie na zawsze, jako osoba, która mnie od podszewki zrozumiała i niesamowicie mi pomogła. Od razu było wiadomo, że nigdy nie potrzebowałam żadnych leków, tylko solidnej terapii behawioralnej opartej na szczerych rozmowach, szczerych do bólu, na totalnym odkryciu swoich tajemnic i jednoczesnym zrozumieniu ich. Ta terapia trwała... nawet już nie pamiętam ile. Rok temu, mniej więcej kiedy skończyłam 18 lat, zdecydowałam się ją zakończyć. Zakończyłam przygodę z tamtą miłością. Pozostajemy teraz z tym człowiekiem w naprawdę dobrych, kumplowskich relacjach. I nie chcę, by to się pogorszyło, bo uważam go za świetnego gościa i życzę mu jak najlepiej. Czułam się znowu pewna siebie, otwarłam się na ludzi, zrozumiałam, że niczym od nich nie odbiegam. Taki stan trwał około pół roku. W międzyczasie poznałam Waldka. Znów było bardzo dobrze. Jednak "paranoja" uznała, że to nie było jej ostatnie słowo. Na wiosnę, w okresie matur znów się pogorszyło. Wiem, z czym to mogło być związane, właśnie z maturami, z presją, z pytaniami jak sobie dam radę, skoro jestem taka słaba z matmy. Jeszcze nieraz upadałam. Jeszcze nieraz zadawałam sobie ból. Na początku trudno mi było dać sobie rady w związku, tak wnioskuję, bo kłóciliśmy się często, ataki i wyładowania wróciły. Wróciłam na terapię, ale już na dużo krótszy okres czasu. Potem sama z niej zrezygnowałam, bo stwierdziłam, że MUSZĘ nauczyć się walczyć z tym na własną rękę. Oczywiście nie od razu wszystko wyszło. Było parę poważnych zgrzytów między nami. Ale cały czas miałam świadomość, że to, żeby się z tym uporać, to moja najważniejsza misja. W okolicach lata, wtedy jak trwała jeszcze terapia, ale zmierzała ku końcowi, zaczęliśmy starania o dziecko. Wiedziałam, że to doda mi sił. Że dla dziecka pokonam wszystko, że zacznę nowe życie, stanę się w pełni świadomym siebie człowiekiem. Te pięć miesięcy starań, chyba też zrobiło swoje, bo nie raz bardzo cierpiałam, kiedy docierało do mnie, że tym razem się nie udało... Ale jak widać, w końcu to MIAŁO się wydarzyć. Teraz powtarzam codziennie mojej Iskierce, że to dla niej walczę, to dla niej nie dopuszczam do siebie ataków, to dla jej dobra z każdym dniem bardziej leczę samą siebie. Wiem, że jej obecność nieustannie mi pomaga. I wiem, że najgorsze mam już za sobą. Teraz może być już tylko lepiej ....
niedziela, 27 października 2013
Indyk, głupota i piękna niedziela :)
No to mamy piękną niedzielę :) Śpimy dziś godzinę dłużej, z czego chyba nijak skorzystam, bo i tak budzę się maks 6 rano. Dzisiejsza noc była masakryczna, wszystko przez koszmary. Śnił mi się dziś najgorszy możliwy koszmar. Śniło mi się, że tracę Iskierkę.... Pobudka z kołaczącym sercem i taka niesamowita ulga, że to jednak tylko sen..Najbardziej pomogła modlitwa i prośby do Archanioła Gabriela, by chronił moje Maleństwo. Na szczęście przespałam resztę nocy. Niebawem zacznie się 9 tydzień. Uwielbiam teraz nosić dopasowane ubrania :) Już 3 koleżanki zauważyły mój kochany tyci brzuszek. Jeszcze raz powiem jak strasznie się cieszę z tego, że mamy tej jesieni taką piękną pogodę. Wczoraj około 15 siedzieliśmy z Waldkiem na murach koło Zamku Sułkowskich a słońce tak grzało, że siedziałam w samej koszulce na ramiączkach, no pięknie po prostu :) A ja tu zaczynam mówić, że chcę Święta. Dziś będę miała znów pole do popisu w kuchni. Przygotowuję indyka z gruszkami, miodem, tymiankiem i kaszą kuskus. Przepis, którym się zainspirowałam można znaleźć pod tym linkiem :
http://www.makecookingeasier.pl/na-obiad/pikantny-indyk-z-miodem-gruszkami-i-swiezym-tymiankiem-kasza-kuskus-z-pietruszka-i-orzechami/
I znowu muszę się odwołać do durnego ludzkiego gadania. Widzę, że w rozmowach ze mną pojawił się nowy top temat. Mianowicie, inteligentni, oświeceni ludzie "współczują" mi, że przytyje podczas ciąży ! Oh, to straszne, naprawdę ! Nie pozostało mi nic innego jak zamknąc sie w pokoju, nie wychodzić do ludzi i ryczeć, bo przecież za kilka miesięcy będę takim obrzydliwym wielorybem !! Och, jakie to życie jest niesprawiedliwe, że kobieta musi przytyć w ciąży ! Ciąża przecież tak deformuje seksowne, szczupłe ciało, brzuch, piersi !! Przecież nie ma nic gorszego, niż stracić sylwetkę ! Co tam dziecko.... Radzę najpierw posłuchać samych siebie, potem dojrzeć i być może przeżyć jakieś przewartościowanie, a dopiero później ewentualnie zabierać głos. P[ozdrawiam i życzę wspaniałej niedzieli.
http://www.makecookingeasier.pl/na-obiad/pikantny-indyk-z-miodem-gruszkami-i-swiezym-tymiankiem-kasza-kuskus-z-pietruszka-i-orzechami/
I znowu muszę się odwołać do durnego ludzkiego gadania. Widzę, że w rozmowach ze mną pojawił się nowy top temat. Mianowicie, inteligentni, oświeceni ludzie "współczują" mi, że przytyje podczas ciąży ! Oh, to straszne, naprawdę ! Nie pozostało mi nic innego jak zamknąc sie w pokoju, nie wychodzić do ludzi i ryczeć, bo przecież za kilka miesięcy będę takim obrzydliwym wielorybem !! Och, jakie to życie jest niesprawiedliwe, że kobieta musi przytyć w ciąży ! Ciąża przecież tak deformuje seksowne, szczupłe ciało, brzuch, piersi !! Przecież nie ma nic gorszego, niż stracić sylwetkę ! Co tam dziecko.... Radzę najpierw posłuchać samych siebie, potem dojrzeć i być może przeżyć jakieś przewartościowanie, a dopiero później ewentualnie zabierać głos. P[ozdrawiam i życzę wspaniałej niedzieli.
piątek, 25 października 2013
Moje Największe Szczęście
Ostatnio zauważyłam u siebie to, czego tak strasznie nie mogłam się doczekać odkąd zaszłam w ciążę. Jestem w końcówce ósmego tygodnia i jak ubiorę przylegający do ciała top i legginsy zaczyna być widać brzuszek ! :) Taki narazie malutki, taką kuleczkę mniej więcej pod pępkiem, ale koleżanka będąc wczoraj u mnie zauważyła. Jak patrzę w dół na brzuszek kiedy stoje, też widzę tą małą, kochaną kuleczkę. Nietrudno sobie wyobrazić jak ta kuleczka jest już przez nas wygłaskana i wycałowana przez Waldka. Mamy koncepcję, żeby od samego początku mówić do naszego Maleństwa. Mamy nadzieję, że później będzie kojarzyć nasze głosy :)
Wczoraj Waldek czegoś szukał wieczorem w szafie. Nagle wyciąga moją niebieską sukienkę z krótkim rękawem i mówi do mnie : -"Ślicznie będziesz w niej wyglądać za parę miesięcy. Taka kochana kuleczka." Nie do opisania jak mnie te słowa rozczuliły i wzruszyły. Myślę sobie, że poznając Waldka wygrałam los na loterii. Pomimo, że nasz związek nie jest idealny, bo żaden nie jest, w każdym zdarzają się gorsze dni i kłótnie, to czuję, od początku czułam, że on jest dla mnie tym jedynym. Wiem, że nie potrafiłabym być z nikim innym. Od samego początku mamy oboje świadomość, że jesteśmy MY, że nie potrafimy żyć bez siebie. I co sobie cenię w naszym związku najbardziej, to to, że jesteśmy wobec siebie absolutnie szczerzy. Nie mamy przed sobą tajemnic, wiemy nawzajem o swojej przeszłości wszystko. Jednocześnie jak jednemu leży coś na sercu, zawsze ma odwagę powiedzieć to drugiemu. Wiem dobrze, że jego rani, kiedy popadam bez powodu w złość, wiem, że jest mu ze mną czasami trudno, bo mam bardzo wybuchowy charakter, czasami rządzą mną emocje. Ale wiem też, że po każdej burzy przechodzi słońce. Nigdy wina nie leży tylko po jednej stronie. Zawsze mamy odwagę, by przeprosić. Czasami były takie sytuacje, że pokłóciliśmy się i czasem jedno, czasem drugie szło spać na kanapę do salonu. Ale nigdy nie wytrzymaliśmy tak całej nocy. Zazwyczaj to ja w środku nocy, po omacku przychodziłam, przytulałam się do niego, i prosiłam, by wrócił do sypialni. Nie potrafiłam po prostu wytrzymać bez poczucia jego ciepła i bliskości. Wtedy cały konflikt tracił na wartości, najważniejsze było, że znowu jesteśmy blisko siebie, możemy się przytulić i zasnąć sobie w ramionach. Podczas ostatniej kłótni, kiedy ja już spałam, on przyszedł, wziął sobie kołdrę i jasiek i zamiast iść do salonu .... położył się i zasnął na takim kosmatym dywaniku na podłodze.... Do łóżka położył się dopiero rano, kiedy się obudziłam. Patrzył na mnie wymownie, miał łzy w oczach, a ja po prostu nie potrafiłam dalej się gniewać. To było jak już byłam w ciąży, spało mi się ogólnie źle, bolały mnie plecy, a bez niego obok to już w ogóle kaszana. Powiedziałam, że nawet nie miałam się o co oprzeć, a jak on jest blisko, to zawsze potrafię się w niego wygodnie wpasować :) I chcę, żeby tak było zawsze. O takim związku marzyłam od kiedy pamiętam. O takiej bliskości, szczerości i czułości. Wiem, że wielu mężczyzn nie docenia czułości w związku. Często zbliżają się do partnerki tylko jeśli chodzi o seks. W innych okolicznościach kobieta mogłaby nie istnieć, przytulić się do kobiety ? Przecież to niemęskie, po co to robić jak nie dostanę.... wiadomo czego.
Tak to wszystko razem zestawiając, szczerze powiem, nie wiem czym sobie zasłużyłam na taki związek. Tak jakby dokładnie odwzorowany z moich marzeń. Bo zaczynając od początku, od kiedy miałam 13 lat i zaczęły się jakieś pierwsze miłości, idole, którzy mi się podobali, każdemu z nich przypisywałam takie właśnie cechy jakie ma Waldek. Zaczynając od wyglądu, zawsze marzył mi się wysoki, postawny Misio z blond czupryną i takimi łagodnymi rysami twarzy. Do tego czuły, opiekuńczy, wrażliwy. Pamiętam, że koleżanki w szkole zawsze potrafiły z tego zadrwić, bo przecież ideałem jest macho, superman, przebojowy gość, który "zalicza" panienki, taki "gorący towar", "król imprezy", "król życia". Kolejnymi niespodziankami było, gdy zaczęłam odkrywać, że mając po te 13, 15, 16 lat byliśmy identyczni, mieliśmy bardzo podobne problemy, zmagania, rozterki. Oboje czuliśmy, że trochę nie pasujemy do współczesnego świata, że odbiegamy od rówieśników swoimi poglądami i marzeniami. Między nami jest 5 lat różnicy, szczerze mówiąc, zawsze chciałam mieć starszego od siebie partnera. i między nami ta różnica całkowicie się zatarła. Nigdy nie była problemem.
I teraz też wszyscy pomyślą, że się chwalę, jak mi się to w życiu cudownie ułożyło. A ja po prostu chcę wyrazić, co czuję. Codziennie chcę za to podziękować Temu na Górze, bo kiedyś nawet bym nie pomyślała, że tak właśnie będzie. Rok temu nie pomyślałabym, że za ponad 10 miesięcy będę mieszkać z miłością mojego życia i oczekiwać narodzin naszego upragnionego dziecka.
I wiem, że ilu ludzi, tyle opinii. I wiem, że zaraz znajdzie się ktoś, kto od razu rzuci we mnie kamieniem. Ale jakie to będzie miało dla nas znaczenie ... :)
Wczoraj Waldek czegoś szukał wieczorem w szafie. Nagle wyciąga moją niebieską sukienkę z krótkim rękawem i mówi do mnie : -"Ślicznie będziesz w niej wyglądać za parę miesięcy. Taka kochana kuleczka." Nie do opisania jak mnie te słowa rozczuliły i wzruszyły. Myślę sobie, że poznając Waldka wygrałam los na loterii. Pomimo, że nasz związek nie jest idealny, bo żaden nie jest, w każdym zdarzają się gorsze dni i kłótnie, to czuję, od początku czułam, że on jest dla mnie tym jedynym. Wiem, że nie potrafiłabym być z nikim innym. Od samego początku mamy oboje świadomość, że jesteśmy MY, że nie potrafimy żyć bez siebie. I co sobie cenię w naszym związku najbardziej, to to, że jesteśmy wobec siebie absolutnie szczerzy. Nie mamy przed sobą tajemnic, wiemy nawzajem o swojej przeszłości wszystko. Jednocześnie jak jednemu leży coś na sercu, zawsze ma odwagę powiedzieć to drugiemu. Wiem dobrze, że jego rani, kiedy popadam bez powodu w złość, wiem, że jest mu ze mną czasami trudno, bo mam bardzo wybuchowy charakter, czasami rządzą mną emocje. Ale wiem też, że po każdej burzy przechodzi słońce. Nigdy wina nie leży tylko po jednej stronie. Zawsze mamy odwagę, by przeprosić. Czasami były takie sytuacje, że pokłóciliśmy się i czasem jedno, czasem drugie szło spać na kanapę do salonu. Ale nigdy nie wytrzymaliśmy tak całej nocy. Zazwyczaj to ja w środku nocy, po omacku przychodziłam, przytulałam się do niego, i prosiłam, by wrócił do sypialni. Nie potrafiłam po prostu wytrzymać bez poczucia jego ciepła i bliskości. Wtedy cały konflikt tracił na wartości, najważniejsze było, że znowu jesteśmy blisko siebie, możemy się przytulić i zasnąć sobie w ramionach. Podczas ostatniej kłótni, kiedy ja już spałam, on przyszedł, wziął sobie kołdrę i jasiek i zamiast iść do salonu .... położył się i zasnął na takim kosmatym dywaniku na podłodze.... Do łóżka położył się dopiero rano, kiedy się obudziłam. Patrzył na mnie wymownie, miał łzy w oczach, a ja po prostu nie potrafiłam dalej się gniewać. To było jak już byłam w ciąży, spało mi się ogólnie źle, bolały mnie plecy, a bez niego obok to już w ogóle kaszana. Powiedziałam, że nawet nie miałam się o co oprzeć, a jak on jest blisko, to zawsze potrafię się w niego wygodnie wpasować :) I chcę, żeby tak było zawsze. O takim związku marzyłam od kiedy pamiętam. O takiej bliskości, szczerości i czułości. Wiem, że wielu mężczyzn nie docenia czułości w związku. Często zbliżają się do partnerki tylko jeśli chodzi o seks. W innych okolicznościach kobieta mogłaby nie istnieć, przytulić się do kobiety ? Przecież to niemęskie, po co to robić jak nie dostanę.... wiadomo czego.
Tak to wszystko razem zestawiając, szczerze powiem, nie wiem czym sobie zasłużyłam na taki związek. Tak jakby dokładnie odwzorowany z moich marzeń. Bo zaczynając od początku, od kiedy miałam 13 lat i zaczęły się jakieś pierwsze miłości, idole, którzy mi się podobali, każdemu z nich przypisywałam takie właśnie cechy jakie ma Waldek. Zaczynając od wyglądu, zawsze marzył mi się wysoki, postawny Misio z blond czupryną i takimi łagodnymi rysami twarzy. Do tego czuły, opiekuńczy, wrażliwy. Pamiętam, że koleżanki w szkole zawsze potrafiły z tego zadrwić, bo przecież ideałem jest macho, superman, przebojowy gość, który "zalicza" panienki, taki "gorący towar", "król imprezy", "król życia". Kolejnymi niespodziankami było, gdy zaczęłam odkrywać, że mając po te 13, 15, 16 lat byliśmy identyczni, mieliśmy bardzo podobne problemy, zmagania, rozterki. Oboje czuliśmy, że trochę nie pasujemy do współczesnego świata, że odbiegamy od rówieśników swoimi poglądami i marzeniami. Między nami jest 5 lat różnicy, szczerze mówiąc, zawsze chciałam mieć starszego od siebie partnera. i między nami ta różnica całkowicie się zatarła. Nigdy nie była problemem.
I teraz też wszyscy pomyślą, że się chwalę, jak mi się to w życiu cudownie ułożyło. A ja po prostu chcę wyrazić, co czuję. Codziennie chcę za to podziękować Temu na Górze, bo kiedyś nawet bym nie pomyślała, że tak właśnie będzie. Rok temu nie pomyślałabym, że za ponad 10 miesięcy będę mieszkać z miłością mojego życia i oczekiwać narodzin naszego upragnionego dziecka.
I wiem, że ilu ludzi, tyle opinii. I wiem, że zaraz znajdzie się ktoś, kto od razu rzuci we mnie kamieniem. Ale jakie to będzie miało dla nas znaczenie ... :)
środa, 23 października 2013
Mdłości runda 2...
No to dzisiaj mamy chyba drugą rundę mdłości. Już myślałam, że mnie opuściły, bo miałam kilka dni spokoju, ale to były złudne nadzieje ... Dzisiaj miałam pobieraną krew. Zrobiłam cały zestaw badań dla kobiety w ciąży. Zgięło mnie, kiedy pani pielęgniarka wyśpiewała cenę 250 zł ... No, ale badanie zrobić musiałam. Pełna morfologia, testy na zakażenie różnymi bakteriami, poziom glukozy, jakieś przeciwciała, dużo tego było. Najgorsze, że musiałam być na czczo, a było już grubo po 10 rano, więc chwiałam się na nogach. Mam taki rytm biologiczny, że mogę sobie odpuścić kolację, na obiad chapnąć byle bułę z jogurtem, ale śniadanie muszę zjeść. Bez śniadania nie ma mowy o wyjściu z domu. Zawsze jak wstanę to pierwsze moje kroki - lodówka. Jeszcze w dodatku dziś mi 3 fiolki krwi upuściła. No ale zdrowie najważniejsze i mam to już za sobą. Oczywiście z laboratorium prosto do piekarni po jakąś świeżą bułę :p Chyba resztę dnia spędzę dzisiaj w łóżku. A przynajmniej do przyjazdu Waldka z pracy. osłabienie totalne i zmęcznie materiału. A sokiem pomarańczowym odbija mi się już chyba z godzinę. Blee. Chyba zwiniemy żagle i udamy się z Iskierką na mała drzemkę, bo ciężko będzie...
Na zewnątrz pięknie, wręcz gorąco, kto by pomyślał, że taka pogoda zagości u nas w październiku.
Wczoraj przyrządzałam quiche ze szpinakiem. I chyba znów mnie coś zaćmiło, bo dałam za dużo szpinaku i zamiast tarty francuskiej ze szpinakiem wyszła jakby hmmm, zapiekanka szpinakowa z dodatkiem ciasta francuskiego ;p Forma trosze się rozlazła, ale w smaku bardzo dobra i delikatna. Przepis super, tylko naprawdę radzę dać tyle szpinaku co w przepisie, ja zamiast 750 g dałam prawie kilogram :P Przpis mam ze strony www.przepisy.pl , oto on :
http://www.przepisy.pl/przepis/quiche-z-czarnymi-oliwkami-i-szpinakiem
Na zewnątrz pięknie, wręcz gorąco, kto by pomyślał, że taka pogoda zagości u nas w październiku.
Wczoraj przyrządzałam quiche ze szpinakiem. I chyba znów mnie coś zaćmiło, bo dałam za dużo szpinaku i zamiast tarty francuskiej ze szpinakiem wyszła jakby hmmm, zapiekanka szpinakowa z dodatkiem ciasta francuskiego ;p Forma trosze się rozlazła, ale w smaku bardzo dobra i delikatna. Przepis super, tylko naprawdę radzę dać tyle szpinaku co w przepisie, ja zamiast 750 g dałam prawie kilogram :P Przpis mam ze strony www.przepisy.pl , oto on :
http://www.przepisy.pl/przepis/quiche-z-czarnymi-oliwkami-i-szpinakiem
wtorek, 22 października 2013
Opiniotwórczo i nostalgicznie
Widzę, że rozpoczęła się komunikacja. Widzę, że moojego bloga, jak i ask'a odwiedza coraz więcej ludzi.Widzę jak bardzo kłuje w oczy posiadanie odmiennej opinii. Widzę jak wiele satysfakcji daje zalewanie jadem i pretensjami osób, które mają prawo wyrażać swoje odmienne zdanie poprzez właśnie takie formy jak pisanie bloga. Z tego co wiem, każdy bloger ma coś własnego do powiedzenia. Każdy blog jest w jakis sposób opiniotwórczy. Ja, jako autorka, tych wszystkich wypocin, które tutaj piszę, zawsze staram się tak wyrazić swoje uczucia, opinie, by jedynie nakreślić jakiś schemat danych zachowań występujących u pewnych grup ludzi, którym akurat niekoniecznie muszę się zgadzać. Właśnie. Wyrażam opinię. Nie mieszam z błotem tego, tamtego czy owakiego. Staram się nawet, broniąc swoich własnych poglądów zachowywać możliwe maksimum obiektywizmu. A tutaj dostaję piękną "opiniotwórczą" wiadomość na ask.fm, że nadając córeczce imię Helena, robię jej krzywdę, bo "takich imion SIĘ NIE NADAJE". Droga koleżanko, autorko pytania. Pragnę Ci tylko wytłumaczyć i przybliżyć, że to, że Ty byś takiego imienia nie nadała, bo według Ciebie dziecko by cierpiało, nie czyni z Twojej opinii żadnego przepisu, żadnego kanonu. Wiem, że ja, na przykład walcząc z aborcją, działając w ruchach pro-life, też świata nie zmienię. Wiem, że istnieją na tym świecie ludzie, dla których aborcja jest prawem kobiety. I też mogłabym ich zwyzywać, zmieszać z błotem, atakować, ale zamiast tego, wolę działać w drugą stronę. Pomagać budować świadomość o tym, jak ważna jest ochrona życia. To też podałam jedynie jako przykład, ale i tak, zaraz garść osób zrozumie po swojemu i znowu się zacznie. Nie mówię, że mnie to męczy, że chcę tego zaprzestać. Powiedziałam kiedyś, że jeżeli jakiś temat budzi kontrowersje, to warto o nim dyskutować, bo inaczej stanie się tabu. Naprawdę nie mam na celu moralizowania nikogo, bo wiem, że ludzi ślepo zapatrzonych w swoje fałszwe ideały nie da się w żaden sposób zmienić. Zmienić ich może jedynie własne, życiowe doświadczenie. Ale także nie mam zamiaru z niczego się tłumaczyć, bowiem nie czuję poczucia winy za jakiekolwiek wypowiedziane tutaj słowo, za jakikolwiek ogłoszony tutaj przeze mnie pogląd. Jestem osobą pełnoletnią, świadomą siebie, żyję w wolnym kraju (tak zakładam, chociaż, z tym jak widać bywa różnie), mam dostęp do masowego środka przekazu, jakim jest Internet, który przecież w dzisiejszych czasach coraz częściej służy młodym ludziom do wyrażania własnych opinii, i będę z tego korzystać. I szczerze, cieszę się z każdego odzewu, nawet z polemiki, bo suma summarum, takie były moje założenia. Zawsze lepiej jest mieć jakieś zdanie, niż nie mieć go wcale...
Ale, abstrahując już od niewygodnych tematów. Zauważyliście jaką mamy w tym roku piękną jesień? Jest po prostu cudownie. Każdy dzień to wymarzony dzień na spacery. Wydaje mi się, że chyba natura wynagradza nam białą Wielkanoc i w ogóle mroźną zimę. Oby ta zima była łagodniejsza .... O dziwo podobno nawet w dzień Wszystkich Świętych ma być ponad 15 stopni. A z tego co pamiętam, ten dzień, to zawsze, po prostu zawsze była ogromna piździawica i nienawidziłam chodzić po tych cmentarzach trzęsąc się z zimna. Mam nadzieję, że w tym roku prognoza się sprawdzi i będzie inaczej. Pisząc o Wszystkich Świętych, naszły mnie refleksje z przeszłości. Naszły mnie wspomnienia, piekne wspomnienia. Zawsze, jak byłam dzieckiem, to w ten dzień, a właściwie wieczorem całą rodziną spotykaliśmy się w starym domu moich dziadków, którego teraz już nie ma. Ten dom zawsze był i będzie mi bardzo bliski. On po prostu miał duszę. Duszę całej naszej rodziny. To właśnie tam zawsze były organizowane największe wigilie, imieniny, przyjęcia świąteczne. To spotkanie, chociażby po Wszystkich Świętych było czasami tak spontaniczne, ale zarazem tak ciepłe i serdeczne. Wszyscy byliśmy wymarznięci, pamiętam, najczęściej babcia robiła czerwony barszcz z krokietami, który tak wspaniale rozgrzewał. Smuci mnie tylko, że jak rozbierali ten dom kilka lat temu, to nie zrobiło to na mnie żadnego większego wrażenia.... Dlaczego ? Dlatego, że byłam wtedy w najdurniejszym wieku w jakim mogłam być i taka rzecz nie miała dla mnie wartości.... Byłam bodajże wtedy w gimnazjum i myslałam sobie "phi, jakiś tam dom ? A co mnie to obchodzi, niech się starzy martwią..." Ale dzięki Bogu, teraz to doceniłam. Teraz, gdy nie pozostał na miejscu domu nawet kawałeczek placu... Ani jedno drzewo z ogrodu babci. Ani czereśnia, ani jabłonka, która miała przepyszne, słodkie, małe czerwone jabłuszka. Teraz jak przypomnę sobie te wszystkie spotkania, oczekiwanie na Mikołaja, zabawy na strychu, choinkę z grającymi lampkami, zjeżdżanie na tyłku po drewnianych schodach, te wszystkie obrazy, które wisiały w salonie, te zabawy na podwórku, jeżdżenie na rowerze po wielkim placu, robienie zjeżdżalni ze starych materacy, huśtawkę z opony, przeskakiwanie przez murek od babci do domu cioci Gosi, którego nie ma, nawet jeszcze dłużej. Tak bardzo mi tego brak, ale jednocześnie uśmiecham się, bo miałam tam takie genialne dzieciństwo... Jednym z moich marzeń jest to, aby nasz przyszły własny dom był właśnie odwzorowaniem domu babci. Ale nie w wyglądzie, tylko właśnie w atmosferze, jaką ja z tym domem kojarzę. Marzy mi się, żeby każda Wigilia była duża, wspólna. Z moimi rodzicami, z rodzicami Waldka, nawet z naszą dalszą rodziną. Marzy mi się być taką panią domu, marzy mi się, by bliscy chwalili moją kuchnię, byłabym z tego bardzo dumna. Żeby zewsząd było słychać śmiech Iskierki i w przyszłości jej rodzeństwa, albo kuzynostwa. Bardzo, naprawdę bardzo cenię takie chwile. Z nich zawsze powstają takie ciepłe wspomnienia... :)
Oj, ale nostalgicznie się zrobiło. Ale prawda prawdą. Kończy się październik i ja chcę już Święta :D Jeszcze 63 dni i Wigilia :)
Ale, abstrahując już od niewygodnych tematów. Zauważyliście jaką mamy w tym roku piękną jesień? Jest po prostu cudownie. Każdy dzień to wymarzony dzień na spacery. Wydaje mi się, że chyba natura wynagradza nam białą Wielkanoc i w ogóle mroźną zimę. Oby ta zima była łagodniejsza .... O dziwo podobno nawet w dzień Wszystkich Świętych ma być ponad 15 stopni. A z tego co pamiętam, ten dzień, to zawsze, po prostu zawsze była ogromna piździawica i nienawidziłam chodzić po tych cmentarzach trzęsąc się z zimna. Mam nadzieję, że w tym roku prognoza się sprawdzi i będzie inaczej. Pisząc o Wszystkich Świętych, naszły mnie refleksje z przeszłości. Naszły mnie wspomnienia, piekne wspomnienia. Zawsze, jak byłam dzieckiem, to w ten dzień, a właściwie wieczorem całą rodziną spotykaliśmy się w starym domu moich dziadków, którego teraz już nie ma. Ten dom zawsze był i będzie mi bardzo bliski. On po prostu miał duszę. Duszę całej naszej rodziny. To właśnie tam zawsze były organizowane największe wigilie, imieniny, przyjęcia świąteczne. To spotkanie, chociażby po Wszystkich Świętych było czasami tak spontaniczne, ale zarazem tak ciepłe i serdeczne. Wszyscy byliśmy wymarznięci, pamiętam, najczęściej babcia robiła czerwony barszcz z krokietami, który tak wspaniale rozgrzewał. Smuci mnie tylko, że jak rozbierali ten dom kilka lat temu, to nie zrobiło to na mnie żadnego większego wrażenia.... Dlaczego ? Dlatego, że byłam wtedy w najdurniejszym wieku w jakim mogłam być i taka rzecz nie miała dla mnie wartości.... Byłam bodajże wtedy w gimnazjum i myslałam sobie "phi, jakiś tam dom ? A co mnie to obchodzi, niech się starzy martwią..." Ale dzięki Bogu, teraz to doceniłam. Teraz, gdy nie pozostał na miejscu domu nawet kawałeczek placu... Ani jedno drzewo z ogrodu babci. Ani czereśnia, ani jabłonka, która miała przepyszne, słodkie, małe czerwone jabłuszka. Teraz jak przypomnę sobie te wszystkie spotkania, oczekiwanie na Mikołaja, zabawy na strychu, choinkę z grającymi lampkami, zjeżdżanie na tyłku po drewnianych schodach, te wszystkie obrazy, które wisiały w salonie, te zabawy na podwórku, jeżdżenie na rowerze po wielkim placu, robienie zjeżdżalni ze starych materacy, huśtawkę z opony, przeskakiwanie przez murek od babci do domu cioci Gosi, którego nie ma, nawet jeszcze dłużej. Tak bardzo mi tego brak, ale jednocześnie uśmiecham się, bo miałam tam takie genialne dzieciństwo... Jednym z moich marzeń jest to, aby nasz przyszły własny dom był właśnie odwzorowaniem domu babci. Ale nie w wyglądzie, tylko właśnie w atmosferze, jaką ja z tym domem kojarzę. Marzy mi się, żeby każda Wigilia była duża, wspólna. Z moimi rodzicami, z rodzicami Waldka, nawet z naszą dalszą rodziną. Marzy mi się być taką panią domu, marzy mi się, by bliscy chwalili moją kuchnię, byłabym z tego bardzo dumna. Żeby zewsząd było słychać śmiech Iskierki i w przyszłości jej rodzeństwa, albo kuzynostwa. Bardzo, naprawdę bardzo cenię takie chwile. Z nich zawsze powstają takie ciepłe wspomnienia... :)
Oj, ale nostalgicznie się zrobiło. Ale prawda prawdą. Kończy się październik i ja chcę już Święta :D Jeszcze 63 dni i Wigilia :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)